Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 stycznia 2014

„Geneza” Jessica Khoury

Źródło
„Jesteś nieśmiertelna, Pia, jesteś doskonała”

Zapowiadało się ciekawie. Nieśmiertelność, dzicz, tajemnice. Dziwne testy, które główna bohaterka musi co cztery miesiące zaliczyć, ponieważ mają na celu przygotowanie jej do bycia osobą bardzo potrzebną światu. Mianowicie naukowcem. Testy te stają się z czasem coraz trudniejsze, mniej przyjemne, nawet użyłabym określenia drastyczne. Traktowanie zwierząt, istot żywych jak preparat czy tester ma stać się dla niej czymś normalnym, a nawet naturalnym. Musi stać  się naukowcem bez jakichkolwiek empatii także uczuć, dla której liczą się tylko badania i wyniki. Takimi ludźmi są dla niej wszyscy mieszkańcy Little Cam. Naukowcy mający na celu stworzenie rasy ludzi nieśmiertelnych, a Pia jest pierwszą, najdoskonalszą istotą na świecie i jest dowodem na to, że ludzie przechytrzyli śmierć. Że podważyli istnienie Boga, istoty nadprzyrodzonej i nieosiągalnej.

Głównym celem naukowców było stworzenie urzekającej Pii bez skaz.  Pięknej, idealnej Pii, którą cały świat by się zachwycał i pokochał. Jednakże izolowanie jej w ośrodku badawczym w samym sercu Amazonii nie przyniosło takich rezultatów, jakich oczekiwali.  Na samym początku historii dowiadujemy się, że jest w stanie zrobić wszystko, by poznać tajemnicę immortis, dowiedzieć się jak powstała, a bardziej pasuje określenie z czego powstała. Tak naprawdę wszyscy trzymają ją w niewiedzy, a świat znajdujący się poza Little Cam jest dla niej nieosiągalny, ponieważ nikt nie chce powtórki z rozrywki, która wydarzyła się wile lat przed opisywaną historią. Po prostu nie chcą dać jej do zrozumienia, że świat nie kończy się na lesie i mieście przy wielkiej rzece.

Siedemnaste urodziny były dla niej przełomem, który dał jej nowy pogląd na świat. Po przyjęciu umknęła do lasu. Tam spotkała chłopaka z orzechową skórką i błękitnymi oczami, który bardzo wpłyną na jej psychikę i charakter. Stworzyła „dziką Pię”, która za nic w świecie nie chce wracać do przeszklonego pokoju oraz zostać zamkniętą na cztery spusty. Jej „stara wersja” odzywa się, gdy tylko zrobi coś spontanicznego i nieprzewidzianego. Która każe wracać jej do spokojnego, bezpiecznego i jedynego znanego miejsca jakim jest Little Cam.

„Ciało nie może żyć bez serca. A ja nie mogę żyć bez ciebie.”

Oczywiście pojawia się delikatny wątek miłosny, który nawet przypadł mi do gustu. Pia i Eio nie rzucają się ku sobie w pierwszym rozdziale, ale ich miłość kwitnie. Pojawiają się pomiędzy nimi pewne bariery przez które ciężko przebrnąć, by być razem. W każdej chwili Pia zdaje sobie sprawę z przepaści, która pojawiła się pomiędzy nią, a jej ukochanym. Przede wszystkim zawsze wraca myślami do swojej nieśmiertelności i tego, że w każdej chwili Eio może umrzeć, chociażby od głupiego skaleczenia czy przypadkowego nadepnięcia na jadowitego węża. Dlatego stara się go trzymać jak najdalej od siebie, ale z czasem jest to dla niej coraz trudniejsze. Pia dzięki niemu poznaje przede wszystkim co to jest miłość i reakcje swojego ciała na bliskość osoby, na której jej najbardziej zależy.

Czarne charaktery także muszą się znaleźć. Wielki naukowiec Paulo jest dla niej kimś w rodzaju stworzycielem, podobnie jak dla nas Bóg. To on ją stworzył i będzie chciał ją zatrzymać wszelkimi możliwymi sposobami. Matka posunie się do okropnych czynów, by mogła zostać naukowcem, a jedyna osoba z którą może porozmawiać i wyżalić się tak naprawdę zdradza ją gdy znajduje się w pułapce. Natomiast najmniej rzucająca się w oczy osoba staje się największym sprzymierzeńcem potrafiącym oddać swoje życie za nią. Więc tak naprawdę Pia jest otoczona zgorzkniałymi naukowcami widzącymi tylko swój czubek własnego nosa, choć jak zawsze znajdą się wyjątki. Poza tym autorka dobrze spisała się kreując barwnych bohaterów, nie nudnych, lecz interesujących. Z swoimi pasjami, zboczeniami także z odmiennymi charakterami, co nieczęsto zdarza się spotykać w lekturze dla młodzieży.

Akcja po troszku wlecze się, jednak im jesteśmy bliżej końca tym bardziej tempo fabuły przyspiesza. Pojawiają się nowe pytania, a na stare znajdują się odpowiedzi. Co chwilę zdarzają się nowe i ciekawe sytuacje, choć muszę przyznać, że pokonywałam książkę bez tego dreszczyku emocji, który by jeżył mi włoski na ciele. Też nie rzucałam się na nią w każdej wolnej chwili, jednak czytało się ją znakomicie. Lekko, wręcz przyjemnie.

Tak wiele pochwał, aż dziwnie się pisze, gdy mam wrażenie, że co recenzję zgniatam książki. Niestety z natury jestem krytyczna. Więc jak przystało muszę troszkę ponarzekać, żeby za nudo nie było. Idea czarnoskórego chłopca z jasnymi oczami nijak do mnie przemawia. Także zdziwiło mnie to, że autorka zdecydowała się przedstawić rdzennych mieszkańców Amazonii jako ludzi znających mowę powszechną, czyli język angielski. Jest to dość dziwne posunięcie, ponieważ rzadko się zdarza, żeby ktokolwiek znał bardzo dobrze język obcy w buszu. Jednak poza tymi niuansami to tak naprawdę nie ma się do czego przyczepić.

Ktoś mógłby oczywiście marudzić, że fabuła jest płytka i naiwna, jednak jak wczytałam się głębiej w powieść to muszę przyznać, że jest interesująca. Ponieważ nie we wszystkich książkach ukazane jest zmieniającą się postawę głównej bohaterki. Kształtowania psychiki i ukazania jej nie jako osoby dominującej, pokazującej tylko i wyłącznie jaka to jest wspaniała i idealna. Lecz jako osobę, która także popełnia błędy jak wszyscy ludzie na świecie oraz jako zagubioną owieczkę w stadzie obcych istot chcących ją tylko wykorzystać.

Muszę wspomnieć jeszcze o okładce, która nie zrobiła na mnie wrażenia. Moim zdaniem jest po prostu paskudna. Zwróciłam uwagę na dziwny napis. „Geneza”. Pierwszy raz spotkałam się z tym słowem, a jeszcze dołożyć do tego eksperymenty i badania książka zawładnęła moim umysłem i po prostu musiałam ją mieć. Oczywiście nie żałuję, a książkę polecam wszystkim. Bez wyjątku.

W styczniu pojawi się druga część z serii „Origin” zatytułowaną „Vitro”. Zapewne skuszę się na angielską wersję, jeśli nie zostanie przetłumaczona na nasz rodzimy język.

niedziela, 29 września 2013

„Drozdy. Dotyk przeznaczenia” Chuck Wendig

Źródło
Nie wiedziałam, jak zacząć tę notkę. Wstępy męczą, ciężko zacząć i chyba jeszcze ciężej skończyć jakąkolwiek wypowiedź, czy właśnie post. Stwierdziłam, że przytoczę coś, co otworzyło mój umysł na nowe gatunki. Nie tylko w literaturze, lecz w poznawaniu czy też pojmowaniu przede wszystkim otaczającego mnie świata. Mój nauczyciel od muzyki, który jest niesamowitym człowiekiem kiedyś powiedział mi na lekcji, gdy zrobiliśmy sobie krótką przerwę na wymianę zdań, że człowiek, który słucha wiele gatunków muzyki nie jest ograniczony. Można z taką osobą porozmawiać o różnych zespołach, wykonawcach czy też o niesamowitych czasach, w których dany gatunek rozwijał się intensywnie i jakim był hitem wśród młodzieży. Lecz mówił o muzyce na wysokim poziomie, nie tej dla radia, tak zwanej komercyjnej. Myślę, że to samo przekłada się na książki i wybierane przez nas gatunki. Osoba obyta wśród różnych gatunków nie jest… nudna? Po pokochaniu fantastyki zaczęłam ulegać stereotypom, przez co nie sięgałam po gatunki typowo kobiecej, czy też te dla „starszej młodzieży”, bo książka jest za ciężka i zapewne jest wplątana w fabułę polityka, a ja nie lubię polityki, choć czytałam książkę, w której występowała w podstawówce? Staram się łamać te stereotypy, zagarniać coraz to nowe gatunki i czytać je. By zrobić pierwszy krok w tę stronę kupiłam „Drozdy. Dotyk przeznaczenia”.

Pozycja ukazała się niedawno (w maju), a już jest wydana kolejna część! Cóż za pośpiech! W każdym bądź razie książka jest zaliczana do thrilleru. Czemu akurat wybrałam tę książkę? Sama nie wiem. Stałam jakieś dziesięć minut w Empiku nie mając pojęcia jakie niedawno wydanie książki mogą okazać się strzałem w dziesiątkę. Zachęcać może opis, niecodzienny dar głównej bohaterki lub pozytywne komentarze wypisane pod treściwym i krótkim „wstępem” do fabuły. Okładka również przykuwa uwagę. Przedstawia kobietę z rozwianymi włosami, których końcówki zmieniają się w (strzelam, ale to jest bardzo prawdopodobne) kruki. Można odnieść wrażenie, że się rozpada. Taka mała groteskowość, zachęta dla miłośników groteski. 

„Miriam Black wie, kiedy umrzesz.” Śmieszne, prawda? Dotykasz osoby i bam! Widzisz dokładnie, minuta po minucie, sekunda po sekundzie jak osoba umiera. Jednak dla Miriam ta moc jest jak przekleństwo, ale nauczyła się z nim żyć i dobrze wie, jak ten dar wykorzystać. Zresztą nie jest jedyną osobą na świecie z osobliwą umiejętnością, choć spotka te osoby później i będą to postacie drugo, a nawet trzecioplanowe. Gdy poznaje kierowcę tira w jej życiu pojawią się zmiany, których nie będzie potrafiła okiełznać. Zresztą przebojowe życie dziewczyny „na nockę” utrudnia przede wszystkim dwójka tajemniczych ludzi w czerni pragnących pozbyć się osób dookoła Miriam, by była „dziewczyną na posyłki” starego mafiozy, a także nowy znajomy, przez którego jeszcze bardziej pogardzałam główną bohaterką, bo robił z niej dosłownie szmatę. 

Cięty język głównej bohaterki trochę straszył. Czasem miałam wrażenie, że książka aż krzyczała wulgarnością, kiedy bohaterzy zbytnio nie kaleczyli pięknego języka książka była trywialna, zresztą główna bohaterka także posiadała tę cechę. Autor ukazał Miriam jako kobietę po przejściach, bez rodziny i przyjaciół. Bez przyszłości i planu na jakąkolwiek zmianę w życiu. Życie z dnia na dzień, czasem w brudzie i pustym żołądku chyba podoba się bohaterce. Poza tym sprzedawanie własnego ciała nie przeszkadza jej i jak to wspominała „przyzwyczaiła się”. Pomimo, że jest bardzo wulgarna, to jest to postać płaska, bez polotu i głębi. Choć może autor dążył do stworzenia takiej postaci, argumentem tej tezy jest chociaż miejsce akcji. Mianowicie Ameryka Północna, jeśli dobrze pamiętam. Ostatnio coraz mniejszym szacunkiem darzę amerykańskich pisarzy, a coraz bardziej czczę niemieckie pióro, włoskie czy choćby brytyjskie. Śmieszne zwroty akcji, wiadoma fabuła i brak pomysłu na kolejne przygody. Czy to nie jest komuś znane?  Oczywiście zapewne znajdzie się jakiś Amerykański autor, który jest ciekawy, pełen pasji i potrafiący przenieść coś wartościowego na papier . Wiadomo, jestem człowiekiem, więc nie pochłonę „na raz” wszystkich amerykańskich książek, mówię tu o tych powieściach, z którymi miałam styczność.

Akcja ciągnie się. W pewnym momencie zastanawiałam się, jak autor wzbogaci książkę, bo bodajże w połowie już czekałam na jej zakończenie i odłożenie na półkę. Chuck Wending wypełzł z tej opresji dodając dwóch nowych bohaterów, którzy są brutalni. Szczególnie kobieta, która jest niesamowicie wielką fanką tortur wszelakiego rodzaju wypadła nad wymiar sadystycznie. Znalazła uciechę począwszy od bicia przechodząc przez kneblowanie i kończąc na strasznych zabaweczkach znalezionych w sklepie dla „kur domowych” lub też jak kto woli gadżetach kuchennych. Jej partner, elegancki Włoch był już mniej makabryczny, choć zabijał dookoła. Co się trochę gryzie, gdyż został przedstawiony jako osoba ze spokojną i pokorną duszą. Między kolejnymi rozterkami i chwilami nużącej fabuły pojawiały się rozdziały zatytułowane „WYWIAD”, w których Miriam opowiada swoją historię i odpowiada na pytania młodego mężczyzny. Co ciekawe autor bardzo zgrabnie wyszedł z problemu, jaki go otoczył, ponieważ chciał przedstawić historię Miriam i ukazał bohaterkę w innych barwach, może nie jaśniejszych, ale pozwalających spojrzeć na nią pod innym kątem. Trudy życia, problemy z matką, pierwsza znajomość, ale przede wszystkim można dowiedzieć się, co doprowadziło do uaktywnienia w niej tej przeraźliwej mocy, której strasznie nienawidzi. Ciekawe i niespotykane rozwiązanie. 

Momentami pojawiały się gorące sceny, ale bez wyczerpujących opisów. Na pewno nie jest to książka w rodzaju harlequinów, choć zapewne biorąc pod lupę strasznie wątłą akcję można porównać. W sumie to może coś jest ze mną nie tak, bo dla mnie akcja w książce jest wtedy, gdy co chwila coś się dzieje, nie można nadążyć za jednym wątkiem i kreuje się następny, a w fabule nie ma miejsca na chwilę odpoczynku. 

„Drozdy. Dotyk przeznaczenia” czyta się lekko. Nie występują analogie z innymi powieściami, chociaż można ponarzekać na drążenie jednego problemu Miriam, bo chciała wszystkim pomagać i ratować ich od śmierci, jednak jej starania zawsze doprowadzały do jednego. „Przeznaczenie”, mawiała często. Jeśli chodzi o wystawianie opinii thrillerom niestety jestem nowa w tym temacie, poza tym wszystkie „za” i „przeciw” wypisałam. Ani nie polecam, ani nie zachęcam do kupna, więc w sumie moja ocena jest nijaka, ale czasem bywa, że nie do końca można jasno wydać opinię o książce.

sobota, 31 sierpnia 2013

„Kapłanka w bieli” Trudi Canavan

Źródło
Jak to w życiu bywa, trzeba do wszystkiego dorosnąć. Ja dorastałam do „Kapłanki w bieli” parę lat. Możliwe, że wcześniej zaczęłabym czytać tę pozycję, jednak po przeczytaniu trzydziestu stron w czasie, kiedy czytywało się bardzo mało ambitne książki w stylu „Upadli” Lauren Kate, to ta lektura wydawała się nudna, beznadziejna, wymyślna i tak dalej można by wymieniać. Ostatnio w końcu  powiedziałam sobie „Dość!”. Stwierdziłam, że trzeba zabrać się za ciekawsze książki, ambitniejsze, nie z półki „dla młodzieży”, a te z działu „fantasy”, którymi można się bardziej nasycić i nie narzekać na słodką czy przekoloryzowaną fabułę. Opierając się na dobrej opinii kuzynki sięgnęłam po moją pierwszą książkę od Trudi Canavan, wcześniej musiałam jeszcze ukraść cioci tę pozycję, bo oddałam ją  po paru dniach katorgi czytania. Nie była zadowolona, kiedy zniknęła jej z półki.

Zwróciłam na nią uwagę przez rozgłośnię radiową, mianowicie Radio ZET, która jest jej patronem medialnym i kiedy miałam wysiadać z auta rozkazałam mamie, żeby zamilkła i słuchała ze mną opisu książki. Zainteresowałam się magią i jak to bywa, bardzo się cieszyłam, że będę miała książkę, którą czyta starsza młodzież! Ależ byłam szczęśliwa. Cóż, cztery lata różnicy dla dwunastoletniej dziewczyny była ogromna… Coś jakby przepaść, która dzieli dwie zupełnie różne kultury. Podniecenie, które mną zawładnęło, kiedy otworzyłam książkę na prologu opuściła mnie bardzo szybko. Jednak po czterech latach przerwy podeszłam jeszcze raz do wyzwania, jakie odcisnęło na mnie piętno niezbyt ciekawej książki i znów otworzyłam na prologu, który zaciekawił mnie bardziej, niż poprzednim razem.

Główną bohaterkę poznajemy już na samym początku. Auraya mieszka w dużej wiosce Oraylin. Napadają na nią wojownicy, którzy odłożyli na bok, może odrzucili to lepsze określenie honor i nie chcą dopuścić do porozumienia między Dunwayem a Białymi. Przetrzymują mieszkańców wioski jako zakładników, a gdy pojawiła się jedna z legendarnych Białych, przedstawicielka bogów na Ziemi, Auraya dzięki swej wspaniałomyślności i odwadze ratuje mieszkańców wioski, zwracając w ten sposób uwagę Mairae na siebie. Dzięki niej zostaje kapłanką, a po kilku latach jedną z Białych, przez co jej życie będzie nie raz wisieć na włosku, bo walki, które zbliżają się nieubłagalnie będą wymagały poświęceń i śmierci.

Któż nie czytał „Kapłanki w bieli”? Myślę, że twórczość Trudi Canavan jest już zaliczana do grona literatury klasycznej. Chyba każdy wielki fan fantastyki zmierzył się z książkami tejże autorki i myślę, że nie był niezadowolony. Ja przynajmniej byłam mile zaskoczona, jak niektóre wątki zostały poprowadzone, także jestem uczulona strasznie na miłosne wątki, które często wprowadzają autorzy. Najgorsze są tak zwane „od pierwszego wejrzenia”. Choć (trochę schematycznie) pojawia się zakazana miłość, oczywiście bohaterowie zrobią wszystko, by się nie wydała, to nie można na nią narzekać, ponieważ nie jest ona przekoloryzowana i przelukrowana. Wątek miłosny troszkę ocieka powielającym się pomysłem, jednak rozwija się zadziwiająco późno i również dynamicznie, co odróżnia ją od innych, szczególnie jeśli główna bohaterka poznaje drugą połówkę w… pierwszym rozdziale. Nie ma miłości bezpodstawnej. Auraya uświadomiła sobie po wielu latach, że kocha pewnego mężczyznę, jednak przez ten związek będą mieli wiele kłopotów, a także będą zmuszeni do utrzymywania go w sekrecie. Poza tym kapłani nie utrzymują celibatu. Szok. Na samą myśl, że osoba oddana bogom spędza noc z kochankiem trochę przeraża. I tu niestety zazwyczaj myślimy bardzo płytko. Wszystko przez te stereotypy, które są nam wpajane od najmniejszego.

Uwielbiam, gdy w książce są wymyślone postacie, dziwne, niespotykane i „nowe”. Odświeża to książkę i dodaje jej niepowtarzalności, a gdy pojawi się coś podobnego w innej od razu leci słowo „Zgapione!” i przez to staje się mniej atrakcyjniejsza. Bardzo polubiłam rasę Siyee, człowieka małego, lekkiego z membraną, która rozciągała się od czubków palców do tłowia, co tworzy w pewien sposób skrzydła, dzięki czemu mogą wzbijać się w powietrze. Urzekły mnie spokojne i bezkonfliktowe postacie, które dla mnie aż zasługują na miano „słodkie”, ale to zapewne przez jednego z przedstawicieli gatunku, którego poznajemy. Młody wynalazca, którego marzeniem jest ułatwić życie Siyee podczas polowań na większą zwierzynę, możliwe, że nawet w obronie ziem, które zostają im zabierane przez króla nie baczącego na nich, tylko na swoje zyski w królestwie. Podobnie było z mieszkańcami morza, jednak oni nie przypadli mi do gustu, odniosłam wrażenie, że już jest przesadzone. Ludzie morza i powietrza, za wiele na raz. W każdym bądź razie poznając te wspaniałe stworzenia przypomnieli mi się Kruki Prześmiewcy z „Domu Nocy” P.C.Cast + Kristin Cast. Oczywiście nie można ich porównywać, bo Trudi Canavan o niebo lepiej przedstawiła nową rasę.

Historie z główną bohaterką są po części przeplatane z dwoma innymi bohaterami. Tkacz snów, który był jej nauczycielem nim stąpiła do szkoły Świątynnej ma problemy z własną osobowością. Kobieta, którą przezywają Wiedźma jest poszukiwana we wszystkich sprzymierzonych krajach. Emerahl jest bardzo barwną postacią, ciekawą i pełną niespodzianek w odróżnieniu od Aurayi. Posiada mocny charakter, przez co „nie da sobie w kaszę  dmuchać” i próbuje żyć z dala od kapłanów, którzy tylko czekają na jej śmierć. Jest jedną z Dzikich, nieśmiertelnych z wielką mocą, zdaniem Białych niebezpiecznych. Dzięki swej przebiegłości zawsze potrafi umknąć kapłanom, czy jednak zawsze będzie miała takie szczęście? Miejmy nadzieję, że nie, bo znów zawieje schematycznością. Czego strasznie nie lubię, zresztą kto lubi? Teraz jest już bardzo mało książek, które potrafią zaskoczyć. Jedna, jedyna trylogia zakończyła się w taki sposób, że aż mnie w żołądku ściskało i na samą myśl o zakończeniu nadal jelita buntują się przeciwko mnie. Mianowicie Brent Weeks z swoją „Trylogią cienia” skradł moje serce wraz z głównym bohaterem i suką Vi, którą aż kochałam i nie mogłam znieść, że nie jest z nią, tylko z przesłodzoną i uwielbianą przez wszystkich Elene. Tak dawno czytałam tę trylogię, a nadal pamiętam imiona, dziwne sytuacje, zwroty akcji, przede wszystkim Durzego Blinta, starego nauczyciela, posiadacza niesamowitego miecza i pewnego sekretu… Chociaż jestem po lekturze jego pierwszej części sagi „Powiernik Światła”. Drugi tom czeka na mnie w księgarni, to (jakby to moja mama powiedziała) nie biegnę po nią z rakietą w dupie. Czegoś mi zabrakło, ale cóż, nie o tych książkach mówimy. W każdym bądź razie strasznie żałuję, że nie natrafiłam na książki tego kalibru i że nie piszą już takich niesamowitych historii, które będą długo w naszej pamięci. Twórczości Brenta Weeksa z Trudi Canavan niestety nie mogę porównywać, bo było by to strasznym przewinieniem, to i tak myślę, że „Kapłanka w bieli” zasługuje na uwagę. Chociaż żeby poznać Wiedźmę czy Tkacza snów, który też jest niesamowitą postacią. Powściągliwy, strasznie inteligentny i szczery. Cóż dodać?

Ludzie posiadają Dary od bogów, niektóre są silniejsze, inne ledwo widoczne. Trzeba je szkolić, by wyrosnąć na wielkiego maga, choć mag to za dużo powiedziane. Utożsamiamy taką osobę raczej z  wielką mocą, która potrafi właściwie wszystko. Od małego ziarnka, które po chwili jest ogromnym drzewem, przez uzdrawianie i wymyślanie kolejnych zaklęć, kończąc na walkach obronnych bądź atakujących. Wielka moc, którą nie jesteśmy w stanie pojąć i ogrom możliwości nie jest tak dobrze wykorzystany w tej trylogii tak, jak być powinno. Parę zaklęć obronnych, a to, że główna bohaterka potrafi latać to już jest szczyt. Poza tym bogowie, którzy dali dary Auray ukazując się jej stwierdzili, że bardzo ich zaskakuje swoją mocą. Przez coś takiego szlak mnie trafia i mam ochotę rzucić książką. Jak bogowie mogli nie wiedzieć jaką moc posiada ich przedstawicielka na Ziemi? To dla mnie niepojęte.

Nie jestem zadowolona ukazaniem władających czarami Białych, jednak zwróciłam uwagę na Tkaczy snów, którzy są bardzo intrygujący, a także trochę tajemniczy. Może nawet niebezpieczni. Posiadają wiedzę uzdrawiania wykraczającą umiejętności wyszkolonych kapłanów ze Świątyni, co czyni ich potężniejszymi, jednak nie są mile widziani, a raczej potępiani przez Białych przez to, że nie czczą ich bogów. Zachowanie Białych i gardzenie nimi sprawia, że świecki człowiek będzie zwracał się do nich z dystansem, możliwe że nawet poczuje do nich lęk czy obawę.

Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać do tej książki. Nie wiem też, czy kupie kolejną część, może skuszę się na inne pozycje? Nie pokochałam jej na tyle, by bez opamiętania szukać następnych tomów, jednak jestem ciekawa jak potoczą się losy Wiedźmy. Tym bardziej, że następna część została ochrzczona nazwą „Ostatnia z dzikich”, a jest to moja ulubiona postać z całej trylogii, więc rozmyślę nad kupnem. Może nie teraz, bo oczywiście na wrzesień (nie mogli wcześniej, kiedy jest czas na czytanie) jest przewidziane wydanie wiele fajnych tytułów, zapewne ciekawszych od „Ery Pięciorga”.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

„Krew tyrana” Fiona McIntosch


Źródło
Są książki, przez które ciężko przebrnąć do końca, czasem nawet po przeczytaniu pierwszego tomu nie sięgniemy po kontynuację. Niezadowolenie i niechęć przewyższa ciekawość i człowiek woli kupić i zadowolić się ciekawszą serią, nie oglądając się za siebie i nieprzeczytanymi kontynuacjami serii, którą najchętniej by sprzedał, odsprzedał, a w skrajnych przypadkach spalił. Niestety gdy postanowię, że zacznę jakąś serię, to muszę dotrwać do końca. Często z krwawiącym sercem sięgam po nową część. Tak samo było z „Trylogią Valisarów”, jednak zabrałam się za „Krew Tyrana” z postanowieniem, że trzeba wyrobić zdanie na temat tej trylogii po przeczytaniu wszystkich kontynuacji. Poza tym zanim zaczęłam czytać pierwszą część kupiłam drugą. To jest takie moje małe spaczenie, którego nie ujawniam rodzinie, bo i tak już z niechęcią patrzą na moje nowe książki. Babcia bardzo często je utożsamia z czarną magią, a gdy już widzi napis „assasyni” i tym podobne, to zawsze musi powiedzieć „Znowu o tych diabłach czytasz”. Od pewnego czasu już odpowiadam samym uśmiechem i chowam jak najszybciej nowy zakup. Ach, te babcie. Kochane, ale czasem nazbyt opiekuńcze.

Po niezbyt pochlebnych zdaniach na temat „Królewskiego wygnańca” (recenzje znajdziecie tutaj) trochę zaczęłam żałować, że zdecydowałam się na zakup „Krwi tyrana”. Z drugiej strony byłam ciekawa, jak potoczą się losy głównego bohatera, po części miałam nadzieję, że utrwali swoje uczucia do kobiety, bo w końcu już ma dwadzieścia dwa lata! Zdziwiło mnie, że jeszcze nie znalazł obiektu westchnień. Bardzo często autorzy chcą na siłę zrobić z nastolatków dorosłych ludzi, którzy będą ze sobą do końca życia. W życiu realnym nie zawsze się udaje i takie związki szybko przepadają. Poza tym wizja dekady, czyli dziesięciu lat po wydarzeniach z pierwszej części intrygowały i zachęcały do zapoznania się z kontynuacją. Nie spotkałam się często z tak dużym przeskokiem w czasie, zazwyczaj było to maksymalnie pięć lat. Na początku trochę dezorientuje nagła przepaść, która uformowała się przez nieopisanych dziesięć lat, jednak wszystko jest powoli wyjaśniane, praktycznie w pierwszym rozdziale, więc czytelnik może szybko zrozumieć nową grę, którą toczą bohaterzy.

„Krew tyrana” rozpoczyna się prologiem, który jest zaskakujący i bardzo interesujący. Mianowicie dowiadujemy się, gdzie ukrywa się księżniczka obdarzona Urokiem Valisarów. Miejsce ich pobytu zawrócił mi w głowie i jednocześnie zaczęłam się zastanawiać, czemu autorka nie rozmieściła fabuły w wielu równoległych światach, co byłoby bardziej intrygujące i ciekawsze. Pierwszy rozdział zaczyna się od rozmowy Loehtara z wiernym sługą rodziny Valisarów, który wprowadza nas do świata znanego już z pierwszej części i rozpoczyna przez to właściwą historię. Po dziesięciu latach spokojnego, lecz niebezpiecznego życia znów musi stąpać po cienkim lodzie, gdy dowiaduje się, że mężczyzna z grupy Kilta Farisa został ugodzony strzałą, a krew spróbował Obdarzony. Vulpan posiada umiejętność bardzo przydatną Tyranowi, mianowicie może rozpoznać ludzi, gdy spróbuje krwi. Freath proponuje nowemu królowi Penraven, by podniósł podatki na północy Imperium. Jego rozumowanie było proste. Twierdził, że ludzie będą wydawać swoich, gdy zabraknie pieniędzy na utrzymanie siebie, a co dopiero rodziny. Po zgodzie Tyrana udał się na północ wraz z Kirinem, jednak miał w tej podróży ukryty cel. Musiał porozmawiać z przywódcą buntowników, by ostrzec o niebezpiecznym Obdarowanym, a także by zajęli się rannym mężczyzną. Jak się później okaże nie będzie to takie proste.

W pierwszej części poznaliśmy bardzo dobrze wykreowanych bohaterów. Barwnych, także o odmiennych charakterach, co jest bardzo ciężko uzyskać, gdy przez książkę przewija się tyle nowych osobistości, czasem nawet epizodycznych. Szczególnie jeden z bohaterów przykuł moją uwagę, a także ku mojemu zdziwieniu zyskał moją sympatię. Nie jest nową postacią, jednak poznaje się go z kompletnie innej strony. Jest młody i podobnie jak niegdyś Leonel umysłowo przerasta swoich rówieśników, jednak pasuje do niego ta dorosłość w bardzo młodym ciele, a także nie przeszkadzają jego wywody, które pasują dla człowieka ze stażem na karku. Jestem nim zauroczona pomimo budzącej się w nim mrocznej mocy, która opanowuje jego dobry i życzliwy charakter. Jesteśmy świadkami jego przemiany na podłożu psychicznym, bardzo dobrze jest ukazanie owładnięcia mocy na myśli chłopca i jego poczynań. Przez co  mam wrażenie, że  przez to wydaje się, iż ma problemy psychiczne i w naszym świecie szybko znalazłby się pod obserwacją psychiatry. Jednak jest niesamowicie barwną postacią, moim zdaniem najlepiej wykreowaną i najciekawszą  w drugiej części serii. W „Królewskim wygnańcu” nie byłam zadowolona z zbyt wyszukanych słów księcia Leonela, następcy tronu i głównego bohatera. Po przeczytaniu drugiej części trylogii także nie jestem zwolenniczką jego zachowania. Teraz wydaje się zbyt niedojrzały do roli króla Penraven, a także popełnia pochopne decyzje i daje się ponieść emocjom. Przez to, że autorka zrobiła z niego dwunastoletniego mężczyznę i przez przeskok w czasie odnosi się wrażanie, że cofnął się umysłowo i zachowuje się zgodnie z wiekiem. Byłam pewna, że wykreuje odpowiedzialnego nowego króla. Stawiałam na to, że będzie bardziej wyniosły i władczy, jednak dostałam bardzo dziecinnego bohatera, którego przysięga, jaką złożył Gavrielovi była ważniejsza od życia człowieka, który go chronił, a nawet jestem zdolna użyć słowa; czcił.

Jestem niemiłosierną fanką kruków, więc gdy poznałam Ravena, inteligentnego kruka od razu stał się jedną z moich ulubionych postaci. Pomysł na stworzenie ptaka, który porozumiewa się myślami z tajemniczym mężczyzną, który nazywa się Sevriel przyciąga uwagę. Jest tyle ciekawych bohaterów, że mogłabym o nich pisać cały dzień. Na przykład kobieta, która uratowała życie Gavrielowi okazuje się być od niego rozsądniejsza, wyższa i nawet stwierdziłabym, że jest bardziej męska. Autorka spisała się naprawdę bardzo bobrze kreując postacie, choć parę poprawek bym wytknęła. Jednak co to za książka bez paru wad?

Fabuła jest równie ciekawa. Wciągająca, wartka i barwna historia sprawiła, że nie mogłam się oderwać od lektury, choć nie czytałam jej z wypiekami na twarzy i nie porzucałam wszystkich spraw na później. Występuje wiele bardzo ciekawych zwrotów akcji, a temat księżniczki Penraven, która pod opieką brata bliźniaka Gavriela spędziła swoje życie z dala od królestwa strasznie intryguje, a także nie występuje często przez co nie byłam znudzona jej występowaniem. A to jeszcze bardziej zachęcało mnie do czytania. Byłam ciekawa, jak potoczą się dalej wydarzenia, a także nie mogłam się doczekać, kiedy spotka się z bratem. Na to chyba będę jeszcze musiała długo poczekać.

„Druga księga zapierającej dech w piersiach opowieści o dziedzictwie, zemście i przeznaczeniu!”


Mogę tylko zapewnić, że aż tak bardzo pierwsze zdanie znajdujące się na tyle tomu nie jest przesadzone. Pomimo paru uwag, krytycznych zdań i niesmaku związanego z głównym bohaterem, to jestem zadowolona z lektury. Tym bardziej, że druga odsłona „Trylogii Valisarów” jest dużo ciekawsza! To się nieczęsto zdarza, a nawet stwierdziłabym, że bardzo mało jest serii, w których kolejna część jest lepsza od poprzedniej. Jak po przeczytaniu „Królewskiego wygnańca” wahałabym się sięgnąć po drugą część, tak teraz bez zbędnej zwłoki chwyciłabym ostatni tom. Teraz mogę śmiało polecić każdemu tą trylogię bez cienia wątpliwości i niepewności. Czasami warto dać szanse jakiejkolwiek serii, by móc poczuć zaskoczenie, jakie nosi ze sobą udany zakup i dużo lepiej napisana kontynuacja przygód bohaterów. 

---
 
Po dłuższej nieobecności w końcu wróciłam. Przepraszam za brak zainteresowania, a także nagłą nieobecność. Przez ostatnie dni nie miałam nawet chwili, by skorzystać z Internetu. Niby tyle czasu wolnego w wakacje, a jednak go czasami brakuje. Nie chcę nawet myśleć, jak będzie, gdy w końcu pójdę do szkoły ;). Nie będę obiecywać, że będę starać się pisać w miarę regularnie, bo to nie o to chodzi. Jednak mam nadzieję, że już nigdy nie będzie nagłej nieobecności i tylko trzymam kciuki, by prowadzić bloga jak najdłużej :).
 

piątek, 2 sierpnia 2013

„Ukryta” P.C.Cast + Kristin Cast.



 Seria, która ma mieć dwanaście tomów musi kiedyś popaść w niełaskę powtarzających się schematów, braku pomysłu na kontynuacje fabuły, czy też niekontrolowanego wypalenia bohaterów i opuszczenia weny twórczej. Często też czuć, że dana seria jest pisana na siłę przez usilne wymyślanie kolejnych ciekawych wątków, które dla odbiorców okazują się beznadziejne, głupie albo śmieszne. Staram się trzymać jak najdalej od serii, których liczba tomów przekracza piękną zgrabną czwóreczkę i gdybym wiedziała, że ma wyjść dwanaście tomów, to nie sięgnęłabym po „Naznaczoną”. Choć uważam, że seria jest o niebo lepsza od „Zmierzchu” Stephanie Meyer, którą odłożyłam po dwudziestu pięciu stronach, bo nie mogłam znieść nudnych opisów i wlekącej się fabuły. Wiem, że powinnam się wypowiadać o niej, gdybym przeczytała więcej niż połowę, ale to, że tak szybo pozbyłam się jej z pokoju chyba mówi samo za siebie. Jeśli miałabym porównywać serie, to wyznaczyłabym „Zwiadowców”. Tak, pojmuję różnicę. Jedenaście książek przeznaczonych dla chłopców, liczne szkolenia i romanse, które pojawiły się dopiero w późniejszych częściach. Ale obie są bardzo podobne. Naiwne, dla młodszej widowni, pokazujące jak to jest być ciężko kimś sławnym i lubianym, a co za tym idzie trzeba się pokazać z jak najlepszej strony, a także być dobrym przywódcą. Jednak po przeczytaniu „Zwiadowców” pozostały we mnie emocje, których nie pozbyłam się pomimo tego, że przeczytałam je już bardzo dawno. Czegoś takiego nie ma w „Domu Nocy”, nie sięgnęłabym po nią drugi raz, ale ma być serial, więc chcę się przekonać, jak bardzo zmienią niektóre wątki. Jednak jest pewien plus, który znalazłam dość szybko. Jestem naprawdę pod wrażeniem, że autorki dotrwały aż do dziesiątego tomu i jeszcze trzymają jako taki styl, choć trochę tandetny, to mimo wszystko czasem potrafią zaskoczyć czytelnika. Kiedy spojrzałam na „Ukrytą” serce mi się kroiło, że muszę ją przeczytać ignorując ciekawsze serie na półce. Popędu do czytania nie miałam, aż nadto seria wyszła mi bokiem. Jednak trochę mnie zaskoczyła, ale o tym później.

Wstęp rozpoczyna się od historii Lenobii i jej problemów, które dręczyły ją w przeszłości, ale także znajdujących się w życiu codziennym. Poznajemy jej obiekt westchnień sprzed ponad 200 lat, którego nigdy nie zapomniała, a serce cały czas pamięta uczucie jakim go darzyła. Nie może się pogodzić, że znalazła nowy obiekt westchnień i nie wie co z tym fantem zrobić. Stajnię pod nieobecność Tantanos i grupy Zoey nawiedza ogień, a w wśród wielkich płomieni znajduje się Martin. W obliczu wielkiego nieszczęścia Lenobia nie chce, by historia się powtórzyła i rusza na ratunek nie tylko koniom ale i mężczyźnie. Właściwe akcja zaczyna się od przyjazdu Tantanos wraz z Zoey i jej przyjaciółmi do Domu Nocy po zakończeniu tworzenia kręgu na polach lawendy babci Redbird. Wtedy zdarzenia wskakują na właściwy tor i śledzimy kolejne losy bohaterów zastanawiając się, czym autorki mogą zaskoczyć. Lub też zirytować. 

W nowej odsłonie serii „Domu Nocy” poznajemy bliżej nową bohaterkę widzącą aury, będącą jednocześnie pierwszym czerwonym adeptem od naznaczenia. Shaylin poznaje charakter osoby dzięki kolorom otaczającym ciało i dzięki jej interpretacji „baranie stadko” wie, z kim ma do czynienia. Jest to dla nich wielka pomoc, choć moim zdaniem autorki powinny skupić się na tym, by zepsuć życie bohaterom, a nie jak najbardziej ułatwić. Jest ona bardzo solidna, jeśli tak mogę jej charakter ująć. Nie ulega urokowi pewnemu przystojnemu wampirowi, choć przez nią się zmienia i zastanawia się, jak mógł być „fiutem”. Czyli jak zwykle co chwila każdy się zmienia, zazwyczaj na lepsze, choć niekoniecznie.  
 
Jeśli chodzi o złe charaktery albo raczej charakter, to oczywiście na pierwszy plan wysuwa się Neferet ze swoją świtą czarnych macek ciemności. Zastanawiam się, po którym razie zostanie unicestwiona przez grypę Zoey. Jest jedną z niewielu bohaterów borze nakreślonych i przedstawionych. Widać było jej zmianę, dwulicowość i pogardę dla Najwyższej Rady Wampirów. Zabrakło mi tylko w jej otoczeniu aroganckiego i brutalnego mężczyzny, który by dorównywał jej wstrętowi i zepsuciu. 

Zła osoba może zmienić się, a w tej serii tych metamorfoz jest aż nad to. Na przykład Kalona, związany przez eony z ciemną stroną nagle ocknął się i zawrócił z obranej ścieżki gwałtów i cierpienia. Nagle chce znaleźć się w świecie, gdzie każdą komórką ciała można poczuć dobro i uniesienie. Podobnie było z Rephaimem, drugą polówką Steave Ray, który nagle znalazł się po dobrej stornie. Został pobłogosławiony przez Nyks i dosrał nowe ciało człowieka, co bardzo ułatwiło relacje z dziewczyną. Byłam z tego powodu bardzo zdegustowana, bo chciałam się przekonać, jak ciekawie by autorki wymyśliły pocałunki, czy też pieszczoty Kruka Prześmiewcy z wampirką. Nie doczekałam się tego, szkoda. Jednak jest ciekawy szczegół jego przemiany, gdyż za dnia przemienia się w ptaka. Pomimo tej niedogodności czci boginię i jest jej wierny  – czy coś takiego nie zalatuje tandetą? Kolejny nowy bohater, który miał być zły, a znalazł w sobie cząstkę dobra, próbując wszystkich przekonać do siebie wszelkimi możliwymi sposobami. Także chce dostać pozwolenie na przebywanie na terenie Domu Nocy i przychylność adeptów, a przede wszystkim bogini. Postać Auroxa, czy też Heatha jest męcząca, nie wnosząca nic ciekawego do fabuły. Pomimo wybujałej wyobraźni ciężko było mi wyobrazić walkę, gdy miał racicę zamiast ręki i wbijał ją w ciało wojownika. Miał być bykiem, a tu nagle wyczytuję, że chodzi na tylnych odnóżach, więc w końcu poddałam się i wykreowałam w myślach dziwne stworzenie, na pewno nie przypominające wielkiego i groźnego zwierzęcia, jakim jest byk.

Jak zwykle „baranie stadko” mnie irytowało. Jak zwykle każdy ma przypisaną do siebie parę, tworząc klub par zakochanych, co jest chyba jeszcze bardziej irytujące od zachowania Zoey, a także jej beznadziejnego charakteru. Miłość na pierwszym miejscu! A jak! Dosłownie wszyscy wyznają sobie miłość i uwielbienie. Szczególnie główna bohaterka z wojownikiem, przez co można dosłownie rzygać tęczą cały tydzień. Poza starymi parami wiążą się nowe relacje. Reagowałam na to uniesieniem oczu ku niebu i zostawało mi tylko uspokojenie się. Całą książkę ratowała Afrodyta, która (ku mojemu zdziwieniu) jest moją ulubioną bohaterką, a swoim ciętym językiem zachęcała mnie do dalszego czytania. Podobnie jak Nefetet jest dobrze wykreowana, a także ciekawa i pełna niespodzianek. Charaktery są największym niewypałem autorek, jednak co tu ukrywać – książka jest napisana po to, by odmóżdzyć, a nie pokazać piękno i bogactwo literatury fantastycznej tworząc przez to ogromną bajkę, z której można się śmiać. 

Pisząc tą recenzje przypomniała mi się moja przyjaciółka, która odłożyła serię po bodajże piątym tomie twierdząc, że jest beznadziejna. Gdy dowiaduje się, że wyszła nowa część i ją przeczytałam słucha mnie przez pięć minut, co nowego znalazło się w fabule. Po tych paru chwilach nie wytrzymuje i zmienia temat. Więc samo mówi przez się, że nie jest to lektura górnolotna, a także ciekawa.

„Ukryta” nie jest niesamowitym dziełem kategorii fantastyki, jednak gdy zaczęłam czytać pochłonęłam ją bardzo szybko. Choć oczywiście szybkość zamknięcia książki wiąże się z ilością zapisanych stron. Trzysta dwadzieścia stron to dla mnie połowa lektury, ale w tym przypadku cieszę się, że nie jest ich więcej. „Ukrytą” czytało się niesamowicie lekko, czasem aż przyjemnie, co mnie zaskakiwało. Na zakończenie chcę wspomnieć, że zabrakło mi wylewu krwi, złamanych serc, ale przede wszystkim tej nutki tajemniczości zmieszaną z mrokiem, która była obecna w pierwszych częściach i zniknęła gdzieś po drodze.